środa, 16 maja 2012
Brylove!

Możecie na mnie krzyczeć, ale muszę się do czegoś przyznać. Otóż... nie lubię wydawać kasy na okulary. Nie dla mnie trzycyfrowe ceny, nie dla mnie logo na szkle będące przepustką do barwnego świata klasy, nazwijmy ją, wyższej. Nie krytykuję tych, którzy na nosach dumnie noszą Pradę, Chanel czy Ray Bany. W sumie to im zazdroszczę. Nie samych metek, lecz zdolności dbania o ten kruchy przedmiot. Choć posiadam kilka pancernych wręcz pokrowców, okulary z rzadka do nich trafiają. Raczej walają się bezładnie wewnątrz wielkiej torby, spotykając etui kompletnym przypadkiem. W związku z tym oczywiście się rysują, wyginają, a na końcu łamią. I nie potrafię na to nic poradzić. Więc jeśli decyduję się na nowy zakup (lub jestem do niego zmuszona), wydanie kwoty wyższej niż czterdzieści złotych jest zwykle krokiem kompletnie nierozsądnym. Jeśli szkła (czy też plastiki) chronią przed promieniowaniem UV, niczego więcej mi nie trzeba. Dlatego cieszą mnie takie inicjatywy jak Brylove. To nowy sklep dobrze znanej spółki Hello Fashion! - właściciela internetowego butiku Vintage Shop. Ten ostatni zdążył już w sieci zasłynąć niezwykle bogatym wyborem okularów w idealnych dla mnie cenach. Teraz okulary się usamodzielniły, przybyło sporo nowych modeli i kolorów. Wiadomo, kupowanie okularów przez internet zawsze niesie w sobie element ryzyka, ale ja już to ryzyko okiełznałam. I jak na razie nie zdarzyło mi się żałować. Poniżej dosłownie odrobina tego, co na Brylove znajdziemy. A, jeszcze na koniec hasło przewodnie, bo ładne. Nie bądź w tyle - załóż bryle!

Zdjęcia: Brylove

poniedziałek, 14 maja 2012
Animal Kingdom

Gdybym miała jednym słowem określić, z czym kojarzy mi się Animal Kingdom, byłaby to... "kolejka". Gdy po raz pierwszy natrafiłam na ich stoisko (było to zeszłej jesieni w Łodzi - w owym czasie mogliście o nich przeczytać na blogu Jaga Design), osłonięte było ze wszystkich stron ludźmi ustawionymi w kolejkę. Gdy powróciłam do Łodzi miesiąc temu, kolejka wcale się nie zmniejszyła. Gdy wreszcie wczoraj wybrałam się na Moustache Warsaw - z gorącym postanowieniem zostawienia części oszczędności w królestwie zwierząt - na pół godziny stanęłam w rzeczonej kolejce, po czym zrezygnowałam. Czego oczywiście żałowałam już wieczorem. Dziś uczucie jest dwa razy silniejsze...
Pomysł na biznes wydaje się niezwykle prosty. Ale czyż nie jest tak, że im prostszy pomysł, tym trudniej wpaść na niego samemu? Otóż, jak to w królestwie zwierząt bywa, mamy szereg bohaterów. Od ważek po niedźwiedzie, od kotów po jaskółki. Każde z nich występuje w najróżniejszych kolorach. Może przycupnąć na łańcuszkowej bransoletce lub naszyjniku w towarzystwie takich dodatków, jakie tylko nam się podobają. Skąd kolejka (czy też, bardziej zwierzęco, ogonek?)?. Na wszelkiego typu imprezach biżuteria wykonywana jest od ręki z komponentów wybieranych na żywo przez klientki. Każda z nich trzyma w dłoni zestaw koralików i zawieszek, wraz z najważniejszym składnikiem: charakterystycznym zwierzątkiem. W ciągu trzydziestu minut zdążyłam się nieco zżyć z ważką w barwie neonowego różu i opalizującymi błękitnymi paciorkami, ale postanowiłam zamówić ją na spokojnie przez internet. Bo, rzecz jasna, można. Wystarczy wejść na ich profil i po kolei wybrać elementy. O wszystkim decydujemy sami: grubość i kolor łańcuszka, rodzaj zapięcia, długość bransoletki itd. Jest to absolutnie genialne. Mam tylko jedno zastrzeżenie. W katalogach brakuje tych najnowszych, niezwykle kolorowych stworów. Oby jak najszybciej tam zawitały!

Zdjęcia: Animal Kingdom

wtorek, 08 maja 2012
Fok Julle Naaiers!

Od dnia pokazu MMC Studio do dziś trzymają się mnie niecenzuralne słowa. Bynajmniej nie z powodu samej kolekcji. Chodzi o muzykę, która według mnie zajmuje pierwsze miejsce w nieistniejącym rankingu najlepszych ścieżek dźwiękowych podczas minionej edycji polskiego tygodnia mody. Choć przez wykonawców utworów zostałam zbluzgana do granic możliwości, nie złamałam się ani trochę. Bo, mimo że muzyka nie mogła pozostać niezauważona, projekty MMC pozostały na pierwszym planie - i według mnie obroniłyby się nawet przy zawodzących ludowych chórkach (bez skojarzeń, proszę!).
Oto kolekcja, którą spokojnie można by było obejrzeć w Nowym Jorku (ach, ten polski kompleks niższości... - ale wiecie, o co mi chodzi? Jeśli nie, zaraz wytłumaczę). To nie tak, że każda pozostała za oceanem by się nie sprawdziła. Ona była po prostu na wskroś nowoczesna. Mniej zainspirowana, a bardziej inspirująca. Owszem, doszukiwano się wpływów hip-hopu (nie tylko ze względu na towarzyszące jej dźwięki Die Antwoord) czy dość uogólnionych lat dziewięćdziesiątych (obszerne płaszcze? Puchowe kamizelki?) Może mnie zamroczyło, ale nie poczułam tych nawiązań - co nie jest wcale zarzutem dla duetu projektantów. Pisząc "nowoczesna" nie uczepiam się ani futurystycznych (powiedzmy) krojów, ani srebrzystych tkanin. W tym momencie wpadam we własną pułapkę, bo nie potrafię ubrać w słowa tego, co dokładnie mam na myśli. To było wrażenie, pierwsze określenie, jakie przyszło mi do głowy po tym pokazie. Może po prostu pozostawię Was sam na sam ze zdjęciami, a słowa każdemu same się objawią. Całość do obejrzenia tutaj (zakładając, że każdy z Czytelników posiada konto na Facebooku, o, ja okrutna!).

Fot. P. Stoppa

niedziela, 29 kwietnia 2012
Co widzisz?

Banan? Nietoperz? Tańczące pingwiny? Kto widział ten pokaz, pewnie nie dziwi się moim pierwszym słowom. O co chodzi? O test Rorschacha, który stał się inspiracją dla jedynego deseniu obecnego w kolekcji Agaty Wojtkiewicz. Nawet jeśli nie kojarzycie nazwy testu, z pewnością wiecie, na czym polega. Choćby z filmów. Pojawił się w "Virgin Suicides" Sofii Coppoli, "Rodzinie Adamsów", lecz także w kreskówkach "Two Stupid Dogs" czy "Beavis and Butthead". Jego alternatywna nazwa brzmi "test plam atramentowych". Teraz chyba już wszystko jasne. A swoją drogą podobno w filmach nigdy nie pojawiają się oryginalne plansze, w trosce o zachowanie spontanicznych reakcji pacjentów na te prawdziwe. Choć od kiedy wyciekły do internetu, skuteczność testu zmalała chyba dokumentnie. O ile zakładamy, że kiedykolwiek był skuteczny, ale to już nie moja rzecz (zainteresowanych odsyłam tutaj).
Poza testowymi plamami ujętymi na sposób psychodeliczny (jakżeby inaczej...!) kompletnie rozbroiły mnie elementy z moheru (a przynajmniej na takie wyglądały - chętnie poznam fachową nazwę surowca, jeśli taka istnieje ;)). Dzięki nim zrobiło się znacznie bardziej jesiennie niż zazwyczaj u Agaty Wojtkiewicz bywa. Swetry i płaszcze przekonały mnie w stu procentach. Sukienka - cóż, chętnie obejrzałabym ją na przeciętnej kobiecie. Były jeszcze moherowe spodnie, trudne w noszeniu jak cholera, ale za to świetnie spinające tę część kolekcji. W którymś momencie pokazu odniosłam wrażenie, że coś idzie nie tak. Wraz z szarym obszernym płaszczem, o którym marzę od momentu ujrzenia, nawet jeśli miałabym w nim utonąć, zakończyła się jesień, a zaczął... Sylwester? Nie zrozumcie mnie źle. W poprzednim wpisie dzielnie broniłam surferskich dzianin Bereniki Czarnoty i zatartych pór roku. Tu po prostu coś zgrzytnęło. Wciąż było spójnie (czy to będzie teraz moje ulubione słowo???), ale zniknął pazur, który z początku przyniósł natychmiastowy zachwyt. Nie napiszę, że to były zwyczajne, nijakie sukienki. Wcale nie. Ale nie wiem dlaczego wolałabym, żeby pokaz zakończył się przed nimi. Być może była to w wydaniu tej akurat projektantki tak zwana "oczywista oczywistość"? Może niepotrzebny (przynajmniej według mnie) sygnał, że to, z czego jest powszechnie znana, nie zginęło pod warstwami włochatej wełny i atramentowych plam? Wciąż się zastanawiam, więc puenty nie będzie...

 

 

środa, 25 kwietnia 2012
Wiosna, lato, jesień, zima

Na pokaz kolekcji Bereniki Czarnoty trzeba było czekać niemal rok. Być może rzeczywiście gdy rolę główną grają dzianiny, lepiej skupić się tylko na sezonie zimowym. Ale z drugiej strony, gdy pomyślę o takich markach jak Sonia Rykiel czy Missoni, ten pomysł wcale nie wydaje się taki dobry. Bo Berenikę Czarnotę spokojnie można by było nosić latem (i oglądać co pół roku, nie co rok). Zresztą jeśli leitmotivem, żeby nie pisać "inspiracją" kolekcji był styl surferów, lato wręcz prosi się o wzięcie pod uwagę.
Dzianina na sportowo. Możliwe? Możliwe. Natychmiast pojawiły się tu i ówdzie porównania z Isabel Marant, która zdała się zawładnąć umysłami zatrważającej liczby osób (w tym moim). Swego czasu pewien doświadczony człowiek mówił, że nigdy, przenigdy nie należy porównywać w recenzjach różnych projektantów. Co jakiś czas nie mogę się powstrzymać i łamię tę regułę, ale w tym wypadku postanowiłam być twarda. Jeden sweter z numerem na przedzie, kolorowe paski i trampki na koturnie (niebędące projektem Bereniki - swoją drogą trochę żałuję, że w kolekcjach polskich projektantów brakuje butów ich autorstwa) to zdecydowanie za mało na takie zarzuty. A gdy doda się do tego wcześniejsze dokonania projektantki, wszystko układa się w zgrabną całość.
Jest to kolekcja charakterystyczna, dobrze spojona (nie tylko butami), momentami żartobliwa. Berenika Czarnota posiada dar wprawiania publiczności w dobry humor. Nie wiem, czy zagrały kolory, detale czy pewna (celowa!) niedoskonałość, ale gdy wspominam to, co zobaczyłam, nie mogę przestać się uśmiechać. Zresztą popatrzcie sami i sprawdźcie, czy na Was też to działa.

fot. P. Stoppa

P.S. Więcej zdjęć tutaj.

wtorek, 24 kwietnia 2012
Chłopcy PR-owcy część, niestety, druga

Wszyscy mamy potknięcia. Rzecz to całkiem naturalna. Moim zamiarem nie jest ich wyśmiewanie, lecz rzucenie światła na sprawy, które nie powinny być ignorowane. Stąd część druga (i nie mogę obiecać, że ostatnia) moich i nie tylko przygód z Chłopcami PR-owcami. Przy części pierwszej zaznaczałam już, że tekst nie dotyczy wszystkich, a tylko poszczególnych osób. Powtórzę i dziś. Mnóstwo, wręcz większość PR-owców, z którymi się z życiu zetknęłam, jest tak profesjonalna, że pozostaje tylko im zazdrościć i się od nich uczyć. Ale...

Proszę bardzo, kto ma ochotę, może pisać, że w głowie mi się poprzewracało. Nie mam zamiaru tu udowadniać, że prowadzenie bloga to ciężka praca (zresztą nie jest ciężka, choć owszem, jest to praca) i że mi się należy. Reklam tu nie umieszczam i nie wiem, co musiałoby się zdarzyć, żebym zmieniła zdanie. Jeśli mam ochotę napisać o danym produkcie, a jego przedstawiciel ma ochotę moją pracę wynagrodzić, nie widzę przeszkód - o ile produkt mi się podoba (choć to przecież oczywiste - nie mam ochoty pisać o rzeczach, które mnie nie przekonują). Nie awanturuję się o indywidualne podejście do każdego blogera, choć przyznaję, jest to niezwykle miłe, w niektórych przypadkach po prostu niekonieczne. Ale czasem po prostu ręce opadają. I w takich sytuacjach odpowiedź ode mnie nie nadchodzi.

Zakładam, że jeśli zgłasza się do mnie dana firma, posiada choć podstawowe informacje, na czym mój blog polega albo przynajmniej jak wygląda. Gdy na dzień dobry widzę propozycje wstawienia baneru, a przez miesiąc trzy razy w tygodniu umieszczania zdjęć w ramce z logo firmy, to nie skusi mnie nawet najwyższej klasy sprzęt... tu chodziło o fotograficzny, ale mniejsza z tym.

Pomijam milczeniem wszelkie propozycje konkursów i "giwełejów". Uwielbiam Was, drodzy Czytelnicy, ale czy chcielibyście dostawać ode mnie prezenty? Nie sądzę. Nie potępiam tych, którzy się na taką współpracę decydują. Po prostu prowadzą nieco inną działalność i tyle. Jeśli to działa, cieszę się ich szczęściem.

Gdy raz czy dwa zgodzę się umieszczać informacje o jakiejś akcji, to nie znaczy, że będę robić to dożywotnio. I wcale nie chodzi o to, że nie dostaję za to kasy. Z przyjemnością informuję Czytelników o wszystkich wydarzeniach związanych z modą, które są według mnie warte uwagi. Ale gdy dostaję wiadomość pełną pretensji, zaczynającą się od słów: "Czy można wiedzieć, kiedy masz zamiar wstawić informację o naszej akcji?", nie powiem, żebym czuła się komfortowo.

Choć to jeszcze nic. Znajomej blogerce już kilka razy zdarzyło się otrzymać uprzejmie skonstruowaną propozycję współpracy, w której niestety przedrostek "współ" tracił swe znaczenie. Zaoferowawszy swoje warunki, implikujące wspomniany przedrostek, doczekała się (także kilka razy) tak kuriozalnej odpowiedzi, że cudem powstrzymuję się tu przed zacytowaniem całości. "Przepraszam, że w ogóle zaproponowałam współpracę" to tylko drobny wycinek spośród większej liczby obrażonych zdań.

Kolejną zasłonę milczenia spuszczam na propozycje pisania tekstów dla różnego rodzaju portali i promowania ich na swoim blogu oraz "fanpejdżu". W zamian umieszczą link do mojego blogaska pod tekstem, obiecują też satysfakcję i poszerzenie doświadczenia. O tak, moje doświadczenie poszerza się z każdym nowym e-mailem.
Rozumiem, że nie od razu Kraków zbudowano, tak samo nie od razu dany portal może zaproponować godną współpracę. Można to jednak robić na różne sposoby. Gdybyście wiedzieli, ile tekstów w życiu napisałam za darmo, nawet bez linka pod spodem i miałam z tego przyjemność. Więc da się Harel zdobyć, trzeba tylko wiedzieć jak.

Kolejny "case", jak mawiają marketingowcy. Zanęcona wizją nowych butów wybrałam się do sklepu marki, która zaoferowała mi je podarować. A raczej jej PR-owiec zaoferował, w dobrej wierze. Przymierzam, wybieram, podchodzę do kasy i zaczynają się schody. Najpierw nikt nic nie wie. Po kwadransie okazuje się, że wie, ale że to już nieaktualne. "Zaszły zmiany". Szkoda, że nikt mnie nie poinformował. Ja się nigdy o nic nie dopraszam, w życiu nie napisałam ani jednego listu z prośbą o tzw. "dary losu". Jeśli ktoś mi coś proponuje, zakładam, że robi to z pełną świadomością. Więc jeśli "zachodzą zmiany", dlaczego świadomość gdzieś ulatuje? Podobno dział PR nie otrzymał informacji o zmianach. Komunikacja to skomplikowana sprawa, zwłaszcza w dobie szalonego rozwoju techniki. Mojego czasu już nikt mi nie odda. A naprawdę mam w życiu ciekawsze rzeczy do roboty niż mierzenie butów. W rezultacie marka nie ma u mnie szans. A szkoda, bo buty świetne i chętnie bym Wam o nich napisała.

Każdy kij ma dwa końce (dziś chyba jakiś dzień przysłów u Harel...), dobrze wiem, że blogerzy potrafią doprowadzać do szału lepiej niż niejeden PR-owiec. Nie wywiązują się z obietnic, stawiają absurdalne warunki, zmieniają zdanie, a na końcu się obrażają. Ale podkreślam, to nie jest walka. Cel podałam na początku tego tekstu.

Obiecuję, że następnym razem napiszę o swoich pozytywnych doświadczeniach. Bo mam. Naprawdę!

P.S. (25.04.2012) Moi drodzy, przypuszczałam, że tekst może wywołać wilka z lasu, nie spodziewałam się tylko, że będzie to akurat taki wilk. Wydawało mi się, że nie ma czego wyjaśniać, ale najwyraźniej byłam w błędzie.
Przyznaję więc, że... po pierwsze tekst jest mocno wewnętrzny i rzeczywiście nie każdy z Czytelników go potrzebował. Po drugie podpisuję się pod nim, choć mogę tym niektórych rozczarować - nie było to moim zamiarem, ale, że pozwolę sobie przytoczyć finał pewnego czarno białego filmu, "Nikt nie jest doskonały". Po trzecie (a może wciąż po drugie) spora liczba osób poczuła się dotknięta moim stwierdzeniem, że choć buty świetne, to o nich nie napiszę. Nie chciałam Was tym urazić, bądźcie pewni. Nie każdy może to rozumieć, choć mam wprawę w posługiwaniu się językiem pisanym, nie mam kontroli nad tym, jak zostanie odebrany. Nie tyczy się ono Was w żadnym stopniu, tylko marki, której przedstawiciele się nie popisali. Jest dla mnie naturalne, że jeśli gdzieś mnie źle traktują, nie będę potem zachęcać do odwiedzenia tego miejsca.
A sugestię jednej z Czytelniczek, by takimi sprawami dzielić się na Facebooku, nie tu, wzięłam do serca i poważnie przemyślę. Dziękuję Wam za wszystkie i pozytywne, i negatywne opinie. To jest dla mnie ogromnie ważne, że chciało Wam się poświęcić cenny czas i zabrać głos.



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 139
Zakładki:
01. O mnie
02. Najczęściej odwiedzam
03. English?
04. Moda uliczna
05. Blogi z Polski
06. Blogi ze świata
07. Moda na świecie
08. Ulubione szafy zagraniczne
09. Ulubione szafy polskie
10. Styl życia
11. Magazyny internetowe
12. Ulubione sklepy
13. Polscy projektanci
14. Polskie portale modowe
15. Fotografia
16. Z przymrużeniem oka
17. Męskim okiem

Liczba odsłon bloga: