sobota, 28 stycznia 2012
Free Market
A już jutro w Krakowie... Free Market!!! Impreza organizowana w butiku Mulholland Drive przez fantastyczne krakowskie blogerki :). Zapraszam serdecznie w ich imieniu!
piątek, 27 stycznia 2012
Mistrzynie świata
Czy macie w swoim otoczeniu takie osoby, które czegokolwiek na siebie nie założą, wyglądają świetnie? I automatycznie to, co mają na sobie, staje się Waszym największym obiektem pożądania? Nawet jeśli nie jest w Waszym stylu, ma kolor czy fason, którego do tej pory nie dopuszczałyście do siebie. Albo na półce sklepowej wyglądało tak sobie, a na nich po prostu krzyczy: "Dlaczego mnie wtedy nie kupiłaś???". Moją mistrzynią świata w powyższej kategorii jest Shini. Nie wspominam nawet zachwytów nad zestawami z jej bloga. Gdy spotykamy się co jakiś czas, niezmiennie pozostaję pod wrażeniem, jak ta kobieta potrafi łączyć ciuchy, style i kolory. I autentycznie przychodzi to jej bez wysiłku. Dowód? Gdy swego czasu powiedziałam, że podoba mi się jej styl, odparła: "Nie wiedziałam nawet, że jakiś mam". I wierzcie mi, była to szczera odpowiedź. Mistrzyń jest oczywiście więcej (na przykład ta młoda dama) czasem mają na koncie jeden triumf, czasem kilka. Ostatnio pewna z nich uparcie machała mi przed oczami świetną torebką. To znaczy, wiadomo, wcale nie machała, ale ja widziałam tylko torebkę, stąd skojarzenie :). I myślałam sobie: ale ma fajnie, pewnie gdzieś za granicą dorwała to cudo (magiczna zagranica, ciekawe, czemu w dwudziestym pierwszym wieku wciąż jej mit się tak mocno utrzymuje...?). Albo to Rick Owens, Garret Pugh lub inny zdolniacha, na którego dzieła nie mogę sobie pozwolić. Prosty fason, niesamowicie miękka skóra, w dodatku tak fantazyjnie pozszywana. Ech... Zamiast jednak zielenieć z zazdrości gdzieś w kącie, postanowiłam zapytać, skąd to cudo. I co się okazało? Że to nasza rodzima produkcja, wykonana metodą twórczego recyklingu ze skórzanych kurtek vintage przez Magdę Reszkę. I teraz się przyznam. O torbach Recycled by Lenka wiedziałam od jakiegoś czasu, trafiałam na nie w różnych miejscach w internecie, a nawet ze dwa razy oglądałam na żywo podczas różnych zakupowych imprez. I, choć zwróciły moją uwagę, nigdy, przenigdy nie wydały mi się czymś, co mogłabym nosić. Do momentu, w którym zobaczyłam pewien egzemplarz w akcji lub, jak kto woli, w codziennym życiu. Wypełniony po brzegi niezbędnymi kobiecie przedmiotami, wiszący na ramieniu przepięknie ubranej mistrzyni świata. Teraz już wiem, co muszę, po prostu muszę mieć w swojej nigdy zbyt dużej kolekcji torebek ;). Wniosek? Uwielbiajmy mistrzynie świata, nie zazdrośćmy, tylko czerpmy z ich wiedzy ile się da. A Magdzie Reszce nadaję dożywotni tytuł mistrzyni świata w twórczym recyklingu :).
Fot. Lenka
środa, 25 stycznia 2012
Jak daleko?
Przypomniałam sobie niedawno rozmowę, którą jakiś czas temu odbyłam z Heike Kitsch odnośnie torby zaprojektowanej na cześć naszej wspólnej ikony idolki, Alexy Chung. Zastanawiałyśmy się, jak daleko kobieta jest w stanie się posunąć, żeby zdobyć wymarzoną torebkę. I czy ta wymarzona torebka wciąż ma urok, gdy po zakupie nasze konto musi dochodzić do siebie przez dłuższy czas? Czy taka Alexa (lub dowolnie Hermes Birkin, Chanel 2.55, Celine Phantom itd.) ma sens, gdy w naszej garderobie poza nią nic luksusowego nie ma i raczej nie będzie? Ile jesteśmy skłonne poświęcić, by dzierżyć w dłoni najmodniejszą torbę sezonu? I czy robimy to bardziej dla siebie, czy na pokaz? Druga opcja z pewnością tłumaczyłaby rosnącą popularność wypożyczalni luksusowych torebek. Kilkaset złotych i już możemy razić po oczach kipiące z zazdrości towarzystwo. To dopiero luksus! ;) Swego czasu pewien bardzo rozsądny znajomy polecił mi założyć domowy fundusz torebkowy - choćby w śwince skarbonce. I regularnie odkładać pieniądze na wymarzony ideał. Fundusz jednak rozchodził się w mgnieniu oka, gdy tylko pojawiała się opcja podróży. Więc może wcale tak bardzo tej torby nie chciałam? Są osoby znacznie bardziej wytrwałe, które potrafią doprowadzić sprawę do końca. Ba, zdarzają się nawet przypadki zaciągania kredytu na kilka kawałków skóry na pasku z doszytą magiczną metką (bo czyż nie tym jest właśnie torebka? ;)). Nie wiem, czy miałabym przyjemność, gdybym musiała spłacać nawet największe cudo miesiąc w miesiąc. Co innego, gdybym trafiła na okazję vintage. Ale nie oszukujmy się, autentyczne egzemplarze sprzed lat potrafią kosztować więcej niż aktualne wyroby szacownej marki. Poza tym swój życiowy limit okazji już wyczerpałam, wynajdując zgrabną torebkę Pierre Balmain z czasów, gdy jeszcze nie było podróbek (a przynajmniej tak się łudzę ;)) na wymianie ciuchów jakieś dwa lata temu. Tak sobie rozważam, przyglądając się przewrotnym torbom ekologicznym Maude & Tilda, projektowanym przez Nicole Locher (twórczynię marki Locher's, o której kiedyś tu pisałam). Prześmiewczy charakter nie jest niczym nowym ani dla projektantki, ani w ogólnym pojęciu. Niejedna marka tzw. alternatywna podchodziła już do tematu wielkich kreatorów, prztykając im w nos podobnymi sloganami (niektórzy z nich prztyczek przyjmowali w zaskakujący sposób - patrz: przypadek Naco Paris oraz pewnego Karla). Jednak tu niektóre wyznania są mocno wiążące, że tak się wyrażę :). Nikogo nie pytam, co zrobiłby za klasyczną "chanelkę", ale tak przy okazji, z ciekawości: kiedy według Was zakup torebki wartej w cenie kilku tysięcy euro ma sens?
Fot. Maude & Tilda
wtorek, 24 stycznia 2012
Trendy Girl
W grudniu ruszył butik córka (lub jak kto woli młodsza siostra) internetowego sklepu Trendsetterka, Trendy Girl. Asortyment został dobrany w taki sposób, by zadowolić wewnętrzne dziecko każdej kobiety. Choć rzeczy pochodzą z najróżniejszych krajów, estetyka kojarzy mi się z Japonią. Bo czy gdziekolwiek indziej słodkie pastele są eksploatowane w aż takim stopniu? I chyba nigdzie indziej aż tylu dorosłych nie przebiera się za dzieci ;). Nawet jeśli poniższe rzeczy nie są w naszym stylu, wzbudzają uśmiech - to na pewno (zwłaszcza portmonetki Misala Handmade - projektu najświeższej współpracowniczki butiku, Michelle Chan). Naszyjnik BlowerCut:
Portmonetki Misala Handmade:
I Lazy Doll:
Wisiorek NaraSaca:
Kolczyki LemonLovely: Broszki Maja Allure: Bransoletka Lambear: Kopertówka Kadaro: Zdjęcia: Trendy Girl
środa, 18 stycznia 2012
MMC!
To, co dzieje się aktualnie za oknem (przynajmniej moim), przypomniało mi o pewnym pokazie mającym miejsce na Łódzkim Tygodniu Mody. Czasu minęło sporo, a ja wciąż mam do opisania sporo fantastycznych polskich kolekcji. To, co spadło na wybieg podczas prezentacji projektów MMC Studio Design (oraz padało po trochu przez cały dzień, wzbudzając ciekawość widzów), większości oglądających skojarzyło się ze śniegiem. Ale dla mnie były to płatki kwitnących drzew owocowych. W końcu zaprezentowane zostały ubrania wiosenne, czyż nie? :) Początek pokazu był zaskakujący, bo zamiast modelek wyszła na scenę kobieta, która z ogromnym powodzeniem zajmuje się choreografią pokazów - zwykle widzimy ją za kulisami lub w reżyserce, w nieodłącznych słuchawkach z mikrofonem. Katarzyna Sokołowska słuchawki miała i tym razem, a oprócz nich pęk białych balonów. To z okazji piętnastych urodzin marki. Dacie wiarę? Piętnaście lat obecności na polskim rynku to nie jest taka oczywista sprawa. Ilona Majer i Rafał Michalak od samego początku stawiali na prostotę. Zresztą piętnaście lat temu prostota stanowiła wyzwanie. Wyszli z tego obronną ręką i od tamtej pory nieprzerwanie dwa razy do roku tworzą pełne kolekcje. Wiosnę 2012 widzą przede wszystkim w bieli, choć zielone światło dostały też inne (głównie rozmyte) kolory, a także mocne abstrakcyjne wzory na tkaninach o mięsistej fakturze. Tkaniny to kolejna sprawa, o której przy okazji MMC można by nieźle się rozpisać. Projektanci nie boją się nowoczesności, wciąż poszukują i założę się, że jeśli pojawi się na tej planecie jakiś super nowy materiał, duet MMC z pewnością go wykorzysta. Co więcej, zrobi to w taki sposób, że będzie się chciało go nosić. Bo choć sam surowiec może wyglądać przedziwnie, forma, w jakiej go zamykają będzie zawsze przyjazna noszącemu. I jeszcze taki drobiazg. Tamten październikowy wieczór w Łodzi rzucił całkiem nowe światło na moje białe martensy :).
wtorek, 17 stycznia 2012
A tymczasem...
... na Brackiej... w Warszawie (bo co w Krakowie, nie tylko na Brackiej, możecie przeczytać u Styledigger vel Spotdigger) wyrósł jak spod ziemi TFH Tymczasowy Butik, w którym można kupić ubrania od, jak sami jego twórcy określają, najbardziej obiecujących młodych polskich projektantów. Sklep mieści się tam, gdzie swego czasu sławetna Arka (kto pamięta?), a potem (do dziś zresztą) Trafic Club.
Wewnątrz do nabycia m.in. Odio Tees, co do istnienia których uświadomiła mnie niedawno Jaga - szczęśliwa posiadaczka jednego z nich, a także sukienki projektu Sylwii Rochali. Świetne do siebie pasują, tak swoją drogą.
Zdjęcia: TFH Tymczasowy Butik via Facebook
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Ja się do tego nie nadaję
Kilka lat temu, gdy ten blog raczkował, a moje marzenia o pracy w branży mody były świeże i naiwne, pewna doświadczona osoba potwornie wkurzyła mnie zdaniem, że ja się do tego kompletnie nie będę nadawać. Nieważne, że umiem pisać, nieważne, że się modą interesuję, nieważne, że się orientuję itd.. Nie nadaję się i koniec. Niedługi czas potem zaczęłam rozumieć, co miała na myśli. Nie wiem, czy istnieje drugie tak specyficzne środowisko, jak to skupione wokół mody. Ostatnio zdarzyła się (a w sumie właśnie trwa) pewna rzecz, która pięknie wpasowuje się w układankę argumentów przeciwko mojej pracy w branży. Pod koniec roku 2010 ukazał się pierwszy numer magazynu internetowego Ultra Żurnal. Magazyn ten szybko zdobył uznanie, a w czerwcu zeszłego roku otrzymał nagrodę Modne Kreacje 2011. Już dwa razy patronował Łódzkiemu Tygodniowi Mody, więc nawet jeśli człowiek specjalnie się nie starał, przynajmniej przy tej okazji musiał na ów Żurnal trafić. I nagle, niedawno, pojawiła się informacja, że oto za moment wychodzi nowy niezależny magazyn o tematyce niezwykle zbliżonej do powyższego i nazywa się... Żurnal. Nie jest moim zamiarem prowadzenie nagonki przeciwko nowemu wydawnictwu, w ogóle nie mam nic przeciwko powstawaniu nowych ambitnych magazynów, wręcz przeciwnie - ogromnie się cieszę z każdej udanej próby wskrzeszenia czegoś, co daje nadzieję na lepszą przyszłość prasy modowej w tym kraju. Ale dlaczego akurat Żurnal? Wiem, to może być przypadek, nie mam prawa nikogo nawet podejrzewać. Słowo "żurnal" jest ogólnie dostępne, dla każdego. Nie odmawiam nikomu z tzw. branży kreatywności, ale nie oszukujmy się, niemal wszyscy szperają w sieci, przeglądają strony i blogi z całego świata i czerpią z tego. Czy więc jest możliwe, żeby twórcy Żurnalu nie trafili nigdy wcześniej na Ultra Żurnal? Jednak bardziej niż sama zbieżność nazw zastanawia mnie reakcja czy raczej brak jakiejkolwiek reakcji ze strony środowiska na wspomniane podobieństwo. Gdy zbliżona rzecz zdarzyła się Dorocie Wróblewskiej, natychmiast był odzew. Może nie ma miarę tego przypadku, ale jednak. A tu cisza. Co więcej, nawet na konkretne pytania od konkretnych osób nie padają odpowiedzi, a jeśli już jakaś się zdarzy, jest tak pokrętna, że trudno w nią uwierzyć. Może mają za dużo do stracenia? Może się czegoś boją? A może to ja przesadzam, a zespół Ultra Żurnalu jest po prostu przewrażliwiony?
niedziela, 15 stycznia 2012
Prośba od Harel!
Piszę dziś do Was w sprawie nie do końca swojej (choć poniekąd także, o czym za moment). Blogerska solidarność nie pozwala mi pozostać obojętną na potrzebę koleżanki po fachu, że tak się wyrażę :). O co chodzi? Jeden z moich ulubionych blogów o modzie bierze udział w konkursie na blog roku. Jest to blog pisany, tym bardziej mi zależy, żeby zaszedł jak najdalej. Dlaczego? Blogi ze zdjęciami (w 90% szafiarskie) mają zwykle większe szanse. Nie chcę porównywać, tekst i zdjęcia to dwie różne sprawy, tak jak moda i styl (nieliczne łączą w sobie te dwie rzeczy - i te lubię najbardziej). Czas poświęcony na wykonanie dobrej sesji na bloga prawdopodobnie jest zbliżony do tego, w którym powstaje dobry i profesjonalny wpis. Zdjęcia przemawiają szybciej, są łatwiejsze w odbiorze, duża liczba liter potrafi na starcie skutecznie zniechęcić. A szkoda. Chciałabym, żeby blogi z tekstem (a wspomniany niemal nie zawiera zdjęć!) były dostrzegane na podobnym poziomie. Nie stanowimy dla siebie konkurencji, po prostu traktujemy o całkiem różnych sprawach (choć w podobnych kategoriach). Jeśli więc macie ochotę przyczynić się do wzrostu ich popularności, zajrzyjcie tutaj. Z góry dziękuję za pomoc w imieniu swoim oraz wszystkich wyżywających się na piśmie :).
środa, 11 stycznia 2012
Przyszło nowe?
Siedzę przy komputerze w dżinsach i bluzce w marynarskie paski. Równie dobrze mógłby to być rok 2002, bez większej różnicy. Ale w 2002 na poniższe rzeczy patrzyłabym z niedowierzaniem, zdziwieniem i nawet przez chwilę nie zastanawiała, czy którąkolwiek z nich wprowadzić do własnej szafy. Jedyna możliwa odpowiedź: nie. Tymczasem w drugiej już dekadzie dwudziestego pierwszego wieku ani to nie dziwi, ani nie zaskakuje. Zresztą sam futuryzm już dawno temu przestał być szokujący, metal, plastik czy nawet pianka nie debiutują, lecz powracają. Czy tym razem na dłużej? I czy będziemy spotykać je na co dzień, wokół siebie, czy znów pozostaną czymś nieuchwytnym, zatrzymanym tylko na stronach magazynów o modzie - tych stronach, które najszybciej wylatują z pamięci? Nawet sieciówki ryzykują i wprowadzają na półki ubrania i dodatki z nietypowych surowców albo w mocno nowoczesnej formie. Żelowych wstawek a'la Christopher Kane wprawdzie nigdzie indziej niż u rzeczonego nie widziałam, ale neopren (czyli wspomniana pianka) pojawił się jakiś czas temu nawet w H&M (nie wiem, dlaczego piszę "nawet", w końcu oni całkiem szybko odpowiadają na zjawiska w modzie - może chodzi o to, że nie na aż tak śmiałe?). A jak Wy myślicie? Rzeczywiście dzieje się coś nowego, coś, co będzie ewoluować, coś, w czym w końcu się zakochamy, czy to raczej przelotna (kolejna już) fascynacja nowoczesnością?
Zdjęcia: net-a-porter, Asos, COS, H&M, Vagabond, Orska, Topshop.
poniedziałek, 09 stycznia 2012
Tak czy nie?
Buty sportowe czy, jak to się teraz mówi, sneakersy, ruszały mnie ostatnio jakieś dziesięć lat temu. Mniej więcej wtedy dotarły do Polski słynne Puma Mostro - jedne z najpaskudniejszych i najbardziej pożądanych butów jednocześnie ;). Wprawdzie wspomnianych się nie dochrapałam, lecz dumnie nosiłam bardziej zwyczajną czerwoną parę, nie przejmując się, że do niczego nie pasuje. Kolejnych nie liczę jako sportowych, ponieważ, choć były sportowej marki, wykonane zostały z tweedu (lub materiału łudząco do niego podobnego) i nie oddzielały się już stylistycznie od tego, co wtedy nosiłam. Pożegnanie nastąpiło, gdy zaczęła wyłazić z nich gąbka i nic nie dało się już zrobić... :). Przerzuciłam się na buty znacznie bardziej urokliwe (o ile np. kowbojki mogą być urokliwe, decyzję każdy musi podjąć samodzielnie ;)), aż któregoś sierpniowego dnia 2010 roku trafiłam na ten wpis u Garance Dore traktujący o najnowszym wynalazku Isabel Marant (komu nie chce się go czytać, w skrócie chodzi o platformę ukrytą we wnętrzu buta, dzięki której noga wydaje się smuklejsza - jak na każdym podwyższeniu :)). Musiało minąć sporo czasu, zanim zdołałam się przyzwyczaić do tej przedziwnej bryły, nie było nawet szansy, żeby mi się spodobała. Lecz nagle... sama w to nie wierzę, ale nagle te zwariowane buty do mnie przemówiły. No dobrze, może nie w aż tak pstrokatej wersji. Czarna byłaby wystarczająca. Niekoniecznie potrzebna do szczęścia, ale interesująca. A co Wy myślicie o takich butach? Czy są tylko i wyłącznie straszne? A może działa magia nazwiska ich twórczyni, która czego się nie dotknie, zamienia w złoto?
Zdjęcie: mytheresa.com |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
01. O mnie
02. Najczęściej odwiedzam
03. English?
04. Moda uliczna
05. Blogi z Polski
06. Blogi ze świata
07. Moda na świecie
08. Ulubione szafy zagraniczne
09. Ulubione szafy polskie
10. Styl życia
11. Magazyny internetowe
12. Ulubione sklepy
13. Polscy projektanci
14. Polskie portale modowe
15. Fotografia
16. Z przymrużeniem oka
17. Męskim okiem
Liczba odsłon bloga: |