czwartek, 04 lutego 2010
Szwalnia
Dzieje się, dzieje! I to tak dużo, że już nie mogę tak sobie narzekać, że tam gdzieś daleko, za siedmioma górami, za siedmioma lasami jest tylu projektantów pret-a-porter, a u nas wciąż cieniutko...
Dziś na przykład miało miejsce spotkanie w showroomie przy Cybernetyki 2 w Warszawie, gdzie można było obejrzeć dostępną od jutra kolekcję Moniki Jakubiak zatytułowaną "Kółka kratki serca kwiatki" na wiosnę/lato 2010. I takie mam obserwacje:
Po pierwsze: świetne materiały.
Po drugie: bardzo ładne wzory (choć niektóre osobiście faworyzuję, inne mniej).
Po trzecie: interesujące fasony (żałuję, że nie można było przymierzyć, ale wkrótce tam powrócę w tym celu).
Po czwarte: w miarę przystępne cenowo. Zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę, że to nie żadna sieciówka, tylko polska produkcja w niewielkim nakładzie i zachowująca najwyższą jakość wykonania.
Podoba mi się jeszcze jedna rzecz: nowe kolekcje będą się pojawiać co trzy miesiące (czyli cztery razy w roku!). Niezłe tempo! Trzymam kciuki, a Wam, drodzy Czytelnicy, prezentuję dwie rzeczy, które spodobały mi się najbardziej. I po które zapewne niedługo tam wrócę.




P.S. Więcej można dowiedzieć się na stronie Cybernetyki Szwalnia.

środa, 03 lutego 2010
Piękna współpraca
Sesja mody, która jest piękna i w której widać ciuchy, a nie tylko artystyczną wizję twórcy? Tak, to możliwe i w dodatku w Polsce. Wybaczcie złośliwość, drodzy Czytelnicy, ale od dłuższego czasu strasznie mnie rozczarowują wszelkie polskie pisma drukowane poświęcone modzie (a w każdym razie tak się określające). Ech, domyślić się, czy modelka ma na sobie spódnicę, sukienkę czy zamotaną chustę... Przebić wzrokiem nieostrości, które nie mają żadnego uzasadnienia. A jeśli widzę coś pięknego, jest to najczęściej przedruk z prasy zagranicznej.
I nagle trafiam na zdjęcia, które trzymają poziom co najmniej europejski, jeśli nie światowy. Nie w magazynie, lecz na stronie sklepu internetowego A&E Vintage Store. To efekt współpracy butiku z czarodziejkami z Bubble Factory. Mogłabym się zachwycać bez końca. Stylizacje to jedno. Nie zniechęca mnie nawet to, że każda rzecz jest unikalna, więc jak się spóźnię, już drugiej takiej w butiku nie znajdę. Ale cała reszta: makijaż, fryzura, światło... Poproszę tego więcej, nie tylko w sieci, ale też w druku!









fot. Bubble Factory
wtorek, 02 lutego 2010
Plastikowy
Zupełnie nie pamiętam, w jaki sposób trafiłam na Plastikowego, pamiętam jednak dobrze, jak bardzo spodobały mi się jego prace. I to od pierwszego wejrzenia. Oszczędna kolorystyka i ciekawa konstrukcja to aspekty, które bardzo sobie od jakiegoś czasu cenię. Ale jestem pewna, że chodzi tu o coś więcej, niż tylko moje osobiste zachwyty. Spójrzcie, drodzy Czytelnicy, na zdjęcia poniżej, a także tutaj, by dowiedzieć się, o co chodzi.
A ja przedstawiam naszą rozmowę. Krótko i na temat.

1. Plastikowy, czyli...?
Mateusz Wójcik - projekty ubrań.
Mateusz Żurek - kontakt ze sklepami, magazynami, fotografami, modelami, szwalniami czyli tym wszystkim do czego ja nie mam głowy.  
 
2. Ulubiony projekt z własnych kolekcji?
Czarny kombinezon z wiosenno-letniej kolekcji 2010. Zawsze chciałem zrobić takie coś, jestem z niego bardzo zadowolony. 
 
3. Jakiś rąbek tajemnicy w kwestii kolekcji letniej?
Bardzo prosta, oszczędna, czarna. To będzie w sumie pierwsza moja kolekcja z prawdziwego zdarzenia wiec jest bardzo dopracowana. Myślę ze trafi w gusta.
 
4. Czytelnicy będą pytać, gdzie kupić, więc zawczasu pytam i ja: gdzie kupić?
W kilku sklepach w Polsce i za granicą. Szczegóły będę mógł podać gdy trafi na półki/wieszaki.
 
5. Największe marzenie Plastikowego?
Być ciągle tak szczęśliwym, jak jestem teraz!

Marzenie przepiękne! Życzę szczęścia i czekam, aż półki i wieszaki w sklepach się zapełnią!

A poniżej dzieła Plastikowego z sezonu wiosna/lato '09:



fot. Magdalena Bujak

oraz jesień/zima '09:



fot. Łukasz Ziętek. Źródło zdjęć: plastikowy.eu

Więcej, więcej!!!
 
niedziela, 31 stycznia 2010
Kolacja ze śniadaniem
... albo odwrotnie. Bez względu na konfigurację jedno jest pewne: najlepiej smakują w domu. I wierzcie lub nie, drodzy Czytelnicy, ale jest znacznie przyjemniej jeść owo śniadanie (czy też ową kolację) w ładnym stroju niż w czymś, co dziesięć lat temu było piżamą :-). Oczywiście wyobrażam sobie dzień wolny od pracy, kiedy nie musimy się nigdzie śpieszyć rano, ani wcześnie iść spać wieczorem. Ostatnio moje notki w dość zaskakujący dla mnie samej sposób łączą się wspólnymi tematami. Parę dni temu wspominałam o strojach domowych, a kilka dni temu miałam okazję obejrzeć kolekcję Violi Śpiechowicz dla Almi Decor - stworzoną właśnie z myślą o miłym spędzaniu czasu w niezobowiązujących warunkach.
Kolekcję prezentowały przyjaciółki projektantki i wyglądały w tych strojach równie dobrze co modelki (zdjęcia pochodzą z pokazu w Łodzi - niestety chciałam fajnie wyglądać z małą torebką i na prezentację warszawską nie wzięłam aparatu... ;-)). I to jest ten drobiazg, niby nic, lecz jednocześnie najważniejsza sprawa. Ciuch porusza się z nami, z nami żyje i to on jest dla nas, a nie my dla niego. Nie miałabym oporów przed przyjęciem niezapowiedzianych (a nawet i zapowiedzianych) gości w takiej kreacji. Poniżej opcja śniadaniowa:



oraz opcja kolacyjna:



P.S. A co najważniejsze, od teraz ubrania autorstwa Violi Śpiechowicz można znaleźć w sklepie Almi Decor w warszawskich Złotych Tarasach. Bardzo miły to będzie przystanek na trasie dyktowanej dotychczas przez szybką modę.

sobota, 30 stycznia 2010
Obsesja tygodnia: Comme des Garçons i spółka
Przejadła mi się destrukcja (choć w sezonie wiosennym wciąż będzie IN ;-)), za to wciąż nie mam dość dekonstrukcji. Inspirują mnie najbardziej inspirujący w tym temacie, czyli cała japońska grupa projektantów zrzeszonych niejako przez Rei Kawakubo. I niech się nikt nie da przekonać, że Marc Jacobs przetarł te ścieżki. Nic bardziej mylnego! Zdaję sobie sprawę, ze moje wyobrażenia o Japonii czy japońskim stylu to w dużej mierze dzieło własnej i dość bujnej wyobraźni (i żeby było jasne, nie ma ono nic wspólnego z przedziwnym tworem zrodzonym na potrzeby aukcji internetowych pod wdzięcznym tytułem "Japan Style", brrrr....!!!). A ponieważ gdybym chciała kupić wszystko, co mi się podoba, zbankrutowałabym na samym początku realizowania listy marzeń, postanowiłam dekonstruować ciuchy samodzielnie. Co z tego wyjdzie? Jeśli efekt będzie godny zaprezentowania, na pewno się nim z Wami podzielę.
wtorek, 26 stycznia 2010
Muji
No i dzięki Czytelniczkom dowiedziałam się, że wspomniany przeze mnie sklep Muji wkrótce zawita do Polski. Wystrój wnętrz to jedno, ale ciuchy... Co mnie w nich zachwyca? Nic szczególnego. I to "nic szczególnego" zwykle nie jest tak łatwo znaleźć. Opisywałam tu kiedyś bezowocne poszukiwania białej koszuli. Podobnie jest z innymi podstawowymi rzeczami. Zwykły t-shirt, kardigan bez udziwnień, dżersejowa sukienka do chodzenia po domu (swoją drogą Japończycy są prawdziwymi mistrzami jeśli chodzi o stroje domowe) czy nawet pięciopak porządnych skarpetek podejrzanie często stanowią ogromne wyzwanie. Muji to taki sklep, do którego można wpaść na moment, bo akurat zapomniało się szalika albo zaplamiło bluzkę, i błyskawicznie kupić ciuch zastępczy. Ciekawa jestem, czy w polskim "oddziale" będzie można kupić t-shirty złożone w maleńkie sześciany, które idealnie sprawdzają się w awaryjnych sytuacjach, nie zajmując wiele miejsca w torebce.
Wszystkie rzeczy projektowane dla Muji mają być "wystarczające". I stanowią świetny dowód na to, że czasem warto porzucić wygórowane ambicje.

poniedziałek, 25 stycznia 2010
Futu Magazine
Bardzo się cieszę, że takie rzeczy dzieją się w Polsce. Oto kolejny magazyn (i to już ósmy numer), z którego możemy być dumni i pomiędzy narzekaniem na szare polskie ulice a czytaniem porad psychologicznych w "polskim-najluksusowszym-magazynie-o-modzie" warto go sobie na poprawę nastroju poprzeglądać :-).
Futu Magazine jest wydawany dwa razy w roku w Warszawie, a dostępny nawet w takich miejscach jak paryski butik Colette. Jak to możliwe? Jego pomysłodawcy od początku postawili na dwujęzyczność. Poza tym wychodzi w niewielkim nakładzie (6500 egzemplarzy) i ma swoją cenę. Wprawdzie swój egzemplarz dostałam w prezencie do przejrzenia i wydania oceny, ale jeśli kolejne numery będą równie inspirujące, dwa razy w roku jestem w stanie wydać 50 zł i mieć co czytać przez długie wieczory.
Numer ósmy, w skrócie mówiąc, jest ekologiczny. Momentami jest lekko (domki na drzewie, przepiękne portrety zwierząt, japonki wyściełane trawą...), momentami odkrywa się niewesoła prawda (słyszeliście, drodzy Czytelnicy, o "greenwashingu"? To - znów w skrócie - mydlenie oczu produktami "ekologicznymi", które mają odwrócić uwagę od reszty większej nieekologicznej działalności. Brzmi niepokojąco znajomo...).
Najbardziej ucieszył mnie wywiad z Kenya Harą, twórcą marki Muji. Sklepu niestety nie ma w Polsce, ale wciąż mam nadzieję, że w końcu do nas dotrze. Póki co najbliższy jest w Berlinie i warto tam zajrzeć, by zrozumieć, na czym polega japońska funkcjonalność i jak piękny może być nawet zwykły zeszyt. Muji to także ciuchy, rzecz jasna, ale o tym może innym razem.


Sesja mody to bardziej zbiór inspirujących zdjęć niż komplet ubrań gotowych do kupienia w najbliższej "galerii" handlowej. Zwłaszcza że pochodzą z sezonu jesień/zima 2008, ale za to z najprzedniejszego źródła. Ktoś poznaje? To Yohji Yamamoto.



A o kim ten artykuł? Można by się spierać, że "to już było", "żadna to nowość" itd., ale z przyjemnością poznaję na spokojnie idee tego dość szalonego kreatora, zamiast czytać, że "oto wizjoner, ale powróćmy już do tegorocznej kolekcji Prady i trendów na najbliższy sezon" ;-).



Źródło zdjęć: Futu Magazine.


Ocenę wystawiam bardzo dobrą i czekam na numer dziewiąty. A zainteresowanych tradycyjnie odsyłam do źródła.
niedziela, 24 stycznia 2010
Masówka
W ostatnich miesiącach otrzymałam tyle propozycji współpracy z nowo powstającymi portalami o modzie/stylu/kobietach, że w głowie się to nie mieści (swoją drogą propozycje te zwykle są absurdalne: czy ktokolwiek przy zdrowych zmysłach zgodziłby się na kopiowanie swoich tekstów na obcej stronie, a jako nagrodę (i jednocześnie wynagrodzenie) przyjął podpisanie owych tekstów linkiem do bloga?). Oczywiście zanim odmówię, dobrze się przyglądam stronie. I mam wrażenie, że wszystkie (z niewielkimi wyjątkami) są do siebie podobne. Czcionka, kolorystyka, tematyka... Co do ostatniej, nie oszukujmy się, cóż można nowego wymyślić w pisaniu o modzie? W końcu doszłam do wniosku, że wcale nie chodzi o powtarzalność. Chodzi o to, że jest ich za dużo!
To na szczęście tylko internet. Literki i obrazki w internecie nie zajmują miejsca :-). Ale przekłada się to także na realną modową (a zapewne i nie tylko) codzienność.
Masowa jest moda (albo raczej: masowe są trendy), masowa produkcja towarów, masowa ich konsumpcja. Masowo wykupuje się buty, które były ostatnią parą, by za dwa tygodnie stwierdzić, że sklepowe półki zasiliła nowa, dwa razy większa dostawa. Masowo otwiera się popularne sklepy, które przez to stają się coraz mniej atrakcyjne. I tak jak cieszyłam się z pierwszej Zary czy pierwszego H&M (wyobraźcie sobie, że zamiast pójść na zajęcia, wyrwałam się z Czułą Haliną na otwarcie - i proszę o niewykorzystywanie tego faktu przeciwko mnie!), tak samo teraz mam dość tych niekończących się dostaw, uginających półek i poplątanych wieszaków. Co nie znaczy, że ubraniowe zakupy przestały mi sprawiać przyjemność. Po prostu ten galop powoli mi ją odbiera.
Wiadomo, piszę o najbardziej podstawowych sieciówkach, w których częste ogromne dostawy są częścią, że tak się wyrażę, filozofii marki.
Jest i druga strona medalu. Towary luksusowe, które akurat masowo produkowane nie są, ale za to masa ludzi wpisuje się na listy oczekujących. Bo coś jest tak strasznie modne, że trzeba to mieć. Ale tutaj rozpocząć by się mogła długa dyskusja odbiegająca od mojej początkowej myśli (którą zresztą sama też prawie że zgubiłam :-)), a zamiaru wywołania takowej nie miałam ani przez chwilę.
Często mam wrażenie, że jeśli uderza jakaś moda, to na całego. Nagle czci się (i podrabia) jednego słusznego projektanta (chwilowo triumfy święci Alexander Wang). Eksploatuje do granic możliwości jeden trend, no, może dwa (ćwieki? Cekiny? Buty za kolano?). I za wszelką cenę zdobywa upragnione trofea, nawet jeśli całe biuro/szkoła/ulica chodzi w tym samym.
Ja nie piszę tego z pozycji obiektywnego obserwatora (jak Państwo dobrze wiecie, jeśli już bawię się w obserwacje, wnioski zawsze mam subiektywne - a przynajmniej tak mi się wydaje). Uczestniczę w tym pędzie chyba bezcelowym i coraz większą mam ochotę zatrzymać się i podążyć w inną stronę. Niekoniecznie w przeciwną. Po prostu coraz bardziej lubię nieodkryte (przynajmniej nie na masową skalę) nowości. Świeżość, której brakuje mi w większości sklepów. Coś, co nie będzie kopiować kolekcji z wybiegów, co będzie miało w sobie coś ujmującego, zaskakującego (ostatnia dziś dygresja: podobnie mam z portalami, gazetami, muzyką, filmami i książkami. Wystarczy już wariacji na temat Dana Browna i produkcji o wampirach :-)). Coś, na co nie będzie mi żal wydać nieco więcej pieniędzy i co będzie towarzyszyć mi o wiele dłużej niż trwają sezonowe trendy. Poszukiwania trwają...

m10

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 65
Zdjęcia przedstawione na blogu nie są moją własnością (oprócz tych podpisanych moim pseudonimem). Pod każdym zdjęciem można znaleźć źródło pochodzenia.